- Weszłam do Calzedonii kupić dziewczynom kostiumy na przyszły rok i zobaczyłam, że jest też wyprzedaż męskich kąpielówek.
- Kupiłaś mi?
- Tak. Babka powiedziała, że nie chyba nie mieli nigdy aż tak ich przecenionych.
- Jakie kupiłaś?
- Białe.
- Białe?!?!? Po co mi białe kąpielówki?!!?
- Wyobraziłam sobie, że będą pasowały do jachtu.
- ALE JA NIE MAM JACHTU!!!
- Zawsze możesz mieć…
- Białe to nie mój styl!
- Były też granatowe. Możesz sobie kupić jeszcze jedną parę…
Dawno temu wymyśliłam sobie dzień bikini. Nie pamiętam już kiedy on wypadał: czy to był listopad, czy luty… Ale chodziło o to, że w jeden z tych ponurych, chłodnych dni nakładałam pod spód kostium kąpielowy. Taki promyk słońca na niepogodę. Dziś dzień bikini wypada mi na początku września. W sklepach można upolować jakąś ciekawą powakacyjną resztkę (dla mnie już nic nie ma, ale w dziecinnych jeszcze sporo jest), a w bieliźnianych netowych sklepach pojawiają się nowe kolekcje kostiumów.
Kostiumów nowych jest trzy. Najpierw kupiłam dwa – po jednym dla każdej. „Brazylijskie owoce” i „jeansowe kwiatki”, ale Lucy uznała, że jej się nie podobają 🙂 Pojechała więc z Carlosem i dokupiła sobie błękitny. ON kupił sobie GRANATOWE kąpielówki :)))

Tym samym mi doszły… męskie białe kąpielówki. Mierzyłam je z wyszywaną górą Cuzco i wygląda to naprawdę nieźle! ;))

Poprzednich kostiumów dziewczyn nie wywalam. Te trójkąciki materiału są takie rozkoszne, że niech zostaną. Zresztą może kiedyś któraś… zechce sobie zrobić drogę do własnej sypialni wyłożoną ramkami z wszystkimi swoimi bikini? Od najmniejszego do teraz? ;))